Styczeń w przedszkolu

Pierwszy miesiąc tego roku długo się zaczynał. Odkąd szósty stycznia jest dniem wolnym od pracy, chyba jakoś łatwiej złapać rytm, zwolnić, dobrze przygotować się do nadchodzącego roku. Nasze przedszkolaki pierwsze dwa dni spędziły w formie dyżurowej – obydwie grupy razem. Ten czas nie minął na intensywnie wytężonej pracy, leniwe dwa dni odświeżania relacji. W pewnym momencie nawet wśród prawie pustych półek (przynajmniej tych „tematycznych”), bo dla mnie i Mirelki dwa pierwsze dni robocze AD 2021 były czasem baaaardzo intensywnego porządkowania. Niezbędnego, bo odkąd zawitała do naszej placówki Pani Dyrektor z milionem nowych pomocy i kartonów pod pachą, już zupełnie straciłyśmy rozeznanie co i gdzie mamy. W efekcie Lidka spędziła te dwa dni szykując karty, które były już gotowe… Podsumowanie porządkowania planuję zamieścić tu dla potomnych i (tylko być może) ku inspiracji. A było co robić… Szczęśliwie obydwie lubimy porządkowanie! I zrobiłyśmy kawał naprawdę dobrej roboty, z której możemy być dumne. Jeszcze tylko kilka drobnostek i być może (ale tylko być może) ktoś poza naszą dwójką też będzie w stanie coś znaleźć.

Pierwszy miesiąc tego roku długo się zaczynał. Odkąd szósty stycznia jest dniem wolnym od pracy, chyba jakoś łatwiej złapać rytm, zwolnić, dobrze przygotować się do nadchodzącego roku. Nasze przedszkolaki pierwsze dwa dni spędziły w formie dyżurowej – obydwie grupy razem. Ten czas nie minął na intensywnie wytężonej pracy, leniwe dwa dni odświeżania relacji. W pewnym momencie nawet wśród prawie pustych półek (przynajmniej tych „tematycznych”), bo dla mnie i Mirelki dwa pierwsze dni robocze AD 2021 były czasem baaaardzo intensywnego porządkowania. Niezbędnego, bo odkąd zawitała do naszej placówki Pani Dyrektor z milionem nowych pomocy i kartonów pod pachą, już zupełnie straciłyśmy rozeznanie co i gdzie mamy. W efekcie Lidka spędziła te dwa dni szykując karty, które były już gotowe… Podsumowanie porządkowania planuję zamieścić tu dla potomnych i (tylko być może) ku inspiracji. A było co robić… Szczęśliwie obydwie lubimy porządkowanie! I zrobiłyśmy kawał naprawdę dobrej roboty, z której możemy być dumne. Jeszcze tylko kilka drobnostek i być może (ale tylko być może) ktoś poza naszą dwójką też będzie w stanie coś znaleźć.

 

W przedszkolu królował temat Arktyki – jeśli myślicie, że widzieliście już wszystko na temat pingwinów i znacie każdą pracę i inspirację, z pewnością jesteście w błędzie. Nie mam na to dowodów fotograficznych, bo w czasie pracy z dziećmi takie detale nie są najistotniejsze, ale naprawdę było tam wszystko. Trzy półki były tak pełne, że Marią Montessori na pewno wstrząsnąłby sposób ustawiania tacek! Zimowo zrobiło się także na pozostałych półeczkach, nieustannie urzeka mnie to, jak wszystko się przeplata. Jasne, to „tylko” przedszkole, więc nie ma tu połączeń między dziedzinami na uniwersyteckim poziomie, ale zaczynanie tu właśnie wydaje mi się najważniejsze. Ot, taka drobnostka – B. pracuje z matematyką, liczy zwierzęta. Akurat jestem w klasie przechodząc, woła mnie, żebym pomogła znaleźć wynik. Na stole stoją karty, które nie są z matematyki – chcę je odnieść (takie złe nawyki się pojawiają, gdy zbyt długo nie pracuje się w klasie!), pytam czyje są i gdzie stały, a B. mówi, że to ona sobie wzięła, żeby sprawdzić jak się nazywają zwierzęta, które przelicza. I serce rośnie.

 

Zerówkowicze rozwijali się w innych obszarach. Na ich półkach królował kosmos – a zbiory kosmiczne mamy naprawdę imponujące i tematy związane z ziemią – kamienie, wulkany. Niewątpliwą sensacją było to, że dwoje pięciolatków po raz pierwszy przeczytało książeczki na różowym poziomie. Z tej okazji dostali książeczki przygotowane specjalnie na tę okazję – to w końcu prawdziwy powód do świętowania! W naszym przedszkolu nie ma nagród, ale to jeden z takich dowodów na to, że samo takie podejście naprawdę nie oznacza, że nie cieszymy się z sukcesów dzieci, a one nie czują się docenione. Można robić to właśnie w taki sposób – sukces dziecka jest wspólnym świętem

A na zdjęciu powyżej żadna tam praca własna Montessori, tylko najprawdziwszy bal karnawałowy!  Od początku istnienia przedszkola korzystamy ze wsparcia profesjonalnego animatora i nie żałujemy. Jeżeli potrzebujecie kogoś na imprezę, to Marcin Maszka  na pewno się sprawdzi! A jeśli ja kiedyś opanuję Word Pressa, to każdy wpis będą upiększały adekwatne zdjęcia. Albo jeśli zatrudnię wirtualną asystentkę. To wtedy też.

Tegoroczny styczeń rozpieścił również miłośników zjazdów z górek wszelakich, a tych na szczęście w pobliżu przedszkola nie brakuje. Grzebania w śniegu w rękawiczkach i bez tychże. Robienia bałwanów.  Nawet kilka godzin jeden z tych nicponi zaglądał przedszkolakom w okno – niestety komuś przeszkadzał i nie dotrwał do rana. Kulania kulek. Życia zimą, która w dorosłych budzi nostalgiczne „kiedyś to bywało”, ale dzieciom wystarcza choć te kilka dni, parę godzin zabawy, żeby mieć naprawdę dużo radochy. Podobno i luty ma nas rozpieszczać w tym względzie, więc może jednak dokupimy jabłuszek do zjeżdżania, skoro już ponownie są w asortymentach sklepów, wykupione na hurra wraz z pierwszym białym tygodniem. A po lutym już marzec (ale niespodzianka) i coraz bliższa perspektywa braku konieczności ubierania zimowych warstw. Co (jak zgaduję) cieszy niektóre panie. Choć tu Montessoriańskie przedszkolaki mają swe osiągnięcia – ostatnio byłam świadkiem jak zebrali się na spacer w 15 minut. To była jednorazowa akcja. Za to okrzyki zerówkowiczów w pewien zimowy poranek słychać było prawie na sąsiednim osiedlu, a zjeżdżali z paprocańskiej górki. Cenię sobie tę porę roku.

Dla mnie styczeń, to koniec „urlopu” macierzyńskiego, który nigdy urlopem nie był (nie tylko dlatego, że bycie z małym dzieckiem to nie leżenie na plaży, a przynajmniej nie tylko!) i urlopem być nie przestanie. Jednak poza spełnianiem obowiązków firmowych, wróciłam do regularnej pracy z dziećmi i to od razu z czymś, co chodziło za mną od lat i bardzo potrzebowało dojrzeć.  To ta wersja, w którą chcę wierzyć. A ta prawdziwa jest taka, że w ferworze codziennej pracy z dziećmi, przygotowywania pomocy i prowadzenia przedszkola, nigdy nie miałam już serca do szykowania osobnych zajęć zgodnych ze scenariuszem. Teraz to serce mam. I scenariusz mam boski! „Honoring the Light of the Child” Sonnie McFarland. Odkąd kilka lat temu wzięłam udział w zajęciach prowadzonych przez Sonnie w duchu tejże książki, marzyłam o nich dla przedszkolaków.  I  końcu są! A jeśli kiedyś mnie natchnie, to i tu opiszę dokładnie o co chodzi i czym jest światełko miłości.

Tymczasem obok plażowe zapiski z zerówki. Dobry akcent na koniec styczniowej twórczości.

Przewiń do góry