Spacery

Często dla osób z zewnątrz zaskakującym elementem naszego przedszkola są spacery. Jak nam się to udaje? Gdzie my właściwie wychodzimy? I czy NAPRAWDĘ w każdą pogodę? I to, że dzieci mają sporo wolności na świeżym powietrzu i że my też dbamy o siebie na placu zabaw. Jak to dokładnie jest?

Nasuwają mi się trzy wspomnienia:
1. Zasłyszane – idą dzieci obok placu zabaw, na którym jest inne przedszkole, jedno mówi do drugiego: „ty, patrz, ona je HUŚTA” tonem absolutnego zadziwienia.
2. Wielka awantura na milion komentarzy na jakiejś fejsbukowej grupie (ech, re grupy to temat na długie refleksje…), bo przechodząca Pani zauważyła, że dziecko samo się ubiera, nie ma rajstopek ani ciepłej kurtki (akcja dzieje się w lipcu), a Panie siedzą na ławce. Oliwy do ognia dolała drużyna wchodząca na drzewo.
3. Lato – jesteśmy na Paprocanach, mnóstwo ludzi, w tym druga grupa przedszkolna. Jesteśmy na kocu trochę zdenerwowane (nie ma ogrodzenia z dwóch stron), no ale skoro już przyszłyśmy, to bądźmy. Nasze dzieci mają wyznaczony „rewir” i biegają po nim swobodnie. W grupie obok słychać ciągle mnóstwo krzyków podenerwowanych pań, bo dzieci nie chcą być cały czas na kocu. To trudna sytuacja, ale choć bez przerwy liczymy i obiecujemy sobie inną organizację następnym razem, spokojnie kończymy dzień, razem z dziećmi które naprawdę się wybiegały.

I tak sobie wspominam, jak nam się wypracował system spacerów. Że dużo nas to kosztowało, żeby spokojnie wychodzić z przedszkola, iść w parach gdy to konieczne, znaleźć reguły bycia na placu zabaw. Początkowo stałyśmy przy huśtawkach całe dwie godziny, do opadnięcia rąk, wyznaczając jakieś abstrakcyjne reguły, maluchy czekały w rządku, ale zawsze ktoś nie chciał zejść, chciał dłużej, wyżej, no wiecie jak jest… aż któregoś razu przyszłam na plac zabaw, a Lidka mi mówi, że już nie huśtamy dzieci. Dosłownie kilka tygodni później większość potrafiła się już huśtać sama. Jasne, że dużo w tym pracy rodziców, też wieku dzieci itd., ale ta ich samodzielność w tym naprawdę urzeka. Co nie znaczy, że nie huśtamy nikogo nigdy – czasem jakiś przedszkolak prosi i jak któraś z nas ma w sobie przestrzeń na to, to buja jak najwyżej.

Podobnie jest ze zgadzaniem się na różne rzeczy – mamy kilka sztywnych zasad, czasem się naradzamy nad tym czy innym realizowaniem swoich potrzeb przez dzieci i wypracowujemy jedną normę, ale z reguły i tu używamy języka osobistego zgodnie ze swoimi granicami – w końcu to panie są za dzieci odpowiedzialne. Także jedna pani pozwala na wejście na gałąź, przy drugiej już ta gałąź nie przejdzie. Jedna od razu reaguje jak ktoś wchodzi po zjeżdżalni do góry, druga odczeka chwilę, żeby sprawdzić, czy ta zabawa sama nie wygaśnie. Czy dzieci mają z tym problem? Absolutnie nie. Uczymy ich języka osobistego, więc same też tego języka używamy. I nie stoimy murem za tym, że każdy musi mieć tak samo. Czasem starszym dzieciom pozwalamy na to, na co młodsze muszą jeszcze poczekać. Zwykle jednak jest tak, że oni sami regulują sobie to, co mogą i potrafią. Podobnie jest w lesie. Są dni, gdy patyki są zupełnie zakazane, czuć „coś” w powietrzu. A czasem to one stanowią podstawę zabawy. Bliskie jest nam przekonanie (poparte różnymi badaniami), że to od kontaktu z naturą dzieciom jest w życiu spokojniej. I że tylko ten kontakt z naturą może doprowadzić do pokochania jej i chronienia w przyszłości.

Nie mamy w przedszkolu ogródka – czasem to powód do żalu, nie możemy zrobić upraw, latem nie mamy możliwości zrobienia cienia, postawienia wiader z wodą i szukania ochłody, jesteśmy zmuszeni do przemykania się pod blokami. Z drugiej strony ten brak ogródka działa bardzo motywująco – nasze dzieci mają świetną kondycję, wspieraną codziennymi czasem nawet kilkukilometrowymi spacerami, do tego poznają okolicę i właściwie codziennie mogą bawić się w innym miejscu. Takie chodzenie ma oczywiście swoje ciemne organizacyjnie strony (które zna każdy, kto próbował zebrać bezpiecznie i bez przemocy grupę przedszkolaków w pary, a najpierw je ubrać bez niepotrzebnego wyręczania), ale znajdujemy się w tej sytuacji, którą mamy, chyba najlepiej jak się da. Codzienny spacer to prawdziwy trening umiejętności społecznych, festiwal zabawy i pole do ćwiczeń komunikacyjnych dla nauczycieli – konia z rzędem temu, kto za pierwszym razem ustawi grupę dzieci do wyjścia z placu zabaw, nie gubiąc przy tym żadnego z nich! Bo o tym, że na spacerach mimo tylu par oczu gubią się rękawiczki, bluzy i plecaczki, to pisać raczej nie trzeba, odpowiedzialny za to potwór Chowajło sam się wybroni, gdy kiedyś je wszystkie odnajdziemy tuż obok skarpetek z pralki.

Bycie na zewnątrz, to też taki nauczycielski czas na „napełnianie kubeczka”. Nie wolny od gaszenia większych i mniejszych pożarów, wymagający zaangażowania i oczu dookoła głowy, ale mój ulubiony. I pod względem możliwych obserwacji dzieci, które są w pełni naturalne i przyjemności, którą ja mam z przebywania na świeżym powietrzu i czerpania z tego, co daje nam „dzikość”.

Przewiń do góry