Close

Będzie pan zadowolony

Jak już mamy te nowe piękne witryny (nie obrobione, bo podobno nie było to umówione?!) oraz znikają kolejne paczki z płytkami, wyjechały na złom przeraźliwie odrażające kraty, w kolejce czeka jakiś Koszmarny Kaloryfer, którego trzeba będzie chyba podnosić dźwigiem. Niecierpliwią się już nowiutkie umywalki i inny sprzęt łazienkowy i okazuje się, że:

  1. brakuje rąk do pracy,
  2. trzeba wymienić część instalacji elektrycznej i zrobić modernizację, co oczywiście trzeba było zrobić na początku robót, ale kto to wiedział?
  3. zdobycie mebli na wymiar do naszej mini kuchenki graniczy z cudem…
  4. itd., itp., cdn., cbdu i co tam kto jeszcze wymyśli na pewno się zdarzy.

Nic, nic, tak sobie tylko piszę mimochodem, nie narzekam przecież. Wróciłam z trzydniowego resetu u źródeł Odry i moje dziecko zrobiło mi fachowy wykład o wyższości kabli dwudzielnych nad trzydzielnymi czy też odwrotnie. Opowiedziała jak pobiegła do spółdzielni wykłócać się dzielnie na ten temat z panem inspektorem, żeby uratować choć część naszych topniejących nieubłaganie funduszy… (edit Karolina: nie udało się)

Wnioski dla matki: Karolinę trzeba wysłać na kilkudniowy chociaż urlop, gdyż w innym przypadku stracę cennego nauczyciela na rzecz branży budowlanej – mam wspaniałe, twórcze dziecko.
Wnioski dla szefowej: te skecze o remontach wcale nie są aż tak zabawne.

 

Jak to było – „będzie Pan zadowoloooony…”

Jeszcze jedna refleksja -może nieco poważniejsza. Podczas mojej krótkiej nieobecności na tzw. lokalu, a obecności na uroczym campingu w przepięknej dolinie u źródeł Odry, miałam okazję obserwować kilka scenek rodzajowych. Oto trzech kilkuletnich chłopców (4,5, 6 i 7 lat) dzielnie towarzyszy swoim ojcom na wyprawie rowerowej w wyżynnym mocno terenie. Jadę także. Krótki postój. Ruszamy dalej, najmłodszy chłopak ma trudności z wyciągnięciem swojego górskiego rowerka z krzaków, w które go nieopatrznie rzucił biegnąc do strumienia. Szarpie się trochę z tym rowerkiem, ojciec już pojechał, reszta zajęta zakładaniem kasków, któryś tam siedzi już na rowerze i spogląda na malca przez ramię. Zrobiłam krok w stronę chłopaczka, bo stękał niemiłosiernie walcząc z tym rowerem. Ktoś mnie powstrzymał łapiąc za ramię „zostaw” usłyszałam „on da radę”, cofnęłam się, Oskar wyciągnął wreszcie rowerek, dorośli mężczyźni przybili mu piątkę, nikt nic nie powiedział, wsiedli na rowery pojechali dalej. 
„Oto jak się buduje poczucie własnej wartości” – pomyślałam sobie
I inna scenka przy stole :
Pięcioletnia na oko dziewczynka dostała obiad, trzeba użyć noża i widelca, żeby pokroić duże dość knedle, dziewczynka siedzi przy stole z dorosłymi, słabo sobie radzi z tymi sztućcami. Patrzy niepewnie na matkę „mama pokroisz mi?”, „Umiesz sama Julinko” mówi matka. Dziewczynka zabiera się znów za spory kawałek knedla, kombinuje, przekłada wreszcie nóż i widelec do właściwej ręki, udaje jej się ukroić, co prawda dość niezdarnie ale z dumą prezentuje matce nabity na widelec mały kawałek. Matka mówi tylko „smacznego”, dziewczynka zmiata z talerza kolejne porcje .Nikt jej nie wyręcza, nie dopytuje czy chce jeszcze, czy ma dość, nie przekonuje, że trzeba więcej albo mniej albo inaczej. Dziewczynka zjada ile chce, dziękuję, zanosi swój talerz do kuchni. 
Jak dobrze, że tyle się zmienia. I pewnie nie tylko za południową granicą, choć w tym roku nie byłam na wczasach w Ustce – to na sto procent nie wiem.
Tymczasem – fachowcy z dedykacją dla wszystkich remontujących cokolwiek – my nie możemy narzekać, bo wiadomo, że ostatecznie „będzie pan zadowolooonyyy”, a pracę w tropikalnym upale i położenie tylu płytek można tylko podziwiać.